Być z obcokrajowcem – z czym to się wiąże? 4 fakty o międzynarodowym związku

Poznałam Davida na początku roku 2017. Jak się później okazało, wyjątkowa więź nawiązała się z obu stron właściwie od razu, jednak strony, obie introwertyczne, przez dość długi czas nie miały odwagi tego zwerbalizować. Przez sześć miesięcy, widząc się codziennie w pracy podążaliśmy za sobą nawzajem wzrokiem, żartowaliśmy ze sobą, ani słowem nie nazywając tego, co się między nami działo. Ograniczeni do relacji przełożony-podwładny oparliśmy naszą relację i sympatię do siebie na bezpiecznym fundamencie – fundamencie harmonijnej współpracy. Poza tym pozostawanie w strefie wzajemnego zainteresowania okazywanego sprytnie między wierszami było takie niewinne i enigmatyczne…

Latem on zdecydował się wziąć sprawy w swoje ręce – sprawdził w systemie, że mój urlop trwał jeszcze przez kilka dni i w końcu dał mi do zrozumienia, że czas coś przedsięwziąć. Zamknął to w zdaniu, że z przyjemnością oprowadziłby mnie po mieście, które wybrałam sobie na drugi dom, bo dużo o nim wie, a ja byłam żądna wiedzy o nowym miejscu zamieszkania. W ten oto sposób zaczął się w moim życiu zupełnie nowy, pełen momentami ogromnych wzlotów i dramatycznych upadków. Czekałam na ten moment bardzo długo i śmiało mogę powiedzieć, że czerwiec 2017, kiedy to wszystko się zaczęło, również w połączeniu z innymi przełomowymi wydarzeniami i cudownymi wspomnieniami, był chyba najszczęśliwszym i najbardziej wyrazistym miesiącem mojego życia.

Związek z obcokrajowcem ma swoje blaski i cienie. Ja podświadomie, przez właściwie całe życie chciałam właśnie takiego „innego” związku, w którym automatycznie dzieje się więcej i inaczej niż w związku dwojga ludzi jednej narodowości. Toteż gdy nasza relacja przerodziła się w coś poważnego, byłam już psychicznie przygotowana na różnice, jakie wynikną między nami, ale również podekscytowana i usatysfakcjonowana spełnianiem się mojego wieloletniego, aczkolwiek bardzo skrytego marzenia.

Z czym wiąże się bycie z obcokrajowcem?

  1. Z ciągłym używaniem języka obcego – u nas głównym językiem komunikacji jest język angielski. Darmowe, codzienne konwersacje w tym języku pozwalają na skuteczne utrwalenie tego, co już znamy, a oprócz tego mnóstwo nowego słownictwa wpada do głowy każdego dnia. Język obcy przestaje być stresującą lekcją w szkole, zagadnieniem na maturze czy testem na studiach, na którym czasem i ściągnąć się uda, a staje się codziennością, życiem, czymś, bez czego nie da się razem funkcjonować. Całkowicie znika bariera językowa i przychodzi ten satysfakcjonujący moment, że mówi się tak płynnie jak w ojczystym języku i co więcej, zapomina się o tym fakcie, że oto właśnie powiedziało się w języku obcym. Używany codziennie w ilościach równych językowi ojczystemu wchodzi z czasem w krew tak bardzo, że nieraz pojawia się nawet odruch rozmowy w tym języku z rodakami – najczęściej dotyczy to odpowiedzi zwrotnej na czyjąś wypowiedź, jak „nie wiem”, „ale dlaczego?”, „żartujesz!”, „to znaczy” itd. (nie mylić z paradnym zapominaniem słów w ojczystym języku po roku czy dwóch latach emigracji!). Bywa to denerwujące, zwłaszcza jeżeli rozmowa toczy się spontanicznie, a słowa padają szybko, jednak jest to naturalne zjawisko związane z przestawieniem się mózgu na inny język. Podobnie dzieje się, kiedy intensywnie uczymy się danego języka i zaczynamy go świetnie rozumieć, płynnie mówić i szybko pisać, a później zaczynamy uczyć się nowego; jeżeli przestaniemy praktykować ten poprzedni, zostaje on po czasie zepchnięty przez mózg na dalszy plan i przestaje on być tym „domyślnym” obcym.

    Ja przykładowo często już nie zastanawiam się nad tym, że właśnie sporządziłam sobie w kalendarzu listę rzeczy do zrobienia po angielsku, a David odruchowo czyta instrukcję w wersji angielskiej, a nie w swoim języku, mimo że również jest dostępny. Język ten towarzyszy nam on we wszystkich sytuacjach – oficjalnych, kiedy idziemy razem do banku czy urzędu, na tych mniej formalnych, czyli na przykład przy okazji spotkań rodzinnych, podczas których jego rodzina musi się przestawić lub tłumaczyć dla mnie na angielski sens wypowiedzi (analogicznie do sytuacji mojej rodziny), jak również w tych nieoficjalnych momentach, kiedy jesteśmy we dwoje i omawiamy bieżące sprawy, sprzeczamy się lub szepczemy sobie czułe słówka. Oprócz angielskiego wzajemnie uczymy się swoich języków ojczystych i udaje się nam wprowadzać takie akcenty do naszych rozmów, dzięki którym nam obojgu robi się ciepło na sercu, a wielokrotnie jest to po prostu powód do niekontrolowanych napadów śmiechu. Oczywiście nie u każdej pary taki wzajemny proces nauki wystąpi, ale warto nauczyć się choć kilku prostych rzeczy w języku ukochanej czy ukochanego – to naprawdę dodaje wartości związkowi, który czasem wydaje się pewnych wartości siłą rzeczy pozbawionych.

  2. Z zamieszkaniem (przynajmniej) jednego z partnerów w obcym kraju – o ile międzynarodowa para nie decyduje się na wybór zupełnie nowego kraju do życia, w którym oboje będą imigrantami, decyzja o wejściu w związek z obcokrajowcem zawsze wiązać się będzie ze stałą lub okresową rozłąką jednego z partnerów z ojczystym krajem i jest to fakt niezaprzeczalny. Otoczenie pełne ludzi mówiących szybko w języku, który rozumie się na początku w kilku, kilkunastu procentach, nowe i czasem niestandardowe procedury urzędowe, poczucie bycia zależnym od tej drugiej osoby, na którą spada odpowiedzialność za sprawy trudne do rozwiązania dla partnera w nowej dla niego rzeczywistości, mierzenie się z różnicami kulturowymi… To są czynniki, które mogą z czasem spowodować poczucie niepewności, odizolowania i zwyczajną tęsknotę za ojczyzną. Jednak bardzo dużo zależy od tego, jaka naprawdę jest jakość związku, w imię którego pozostaje się w danym kraju. Jeżeli para buduje sobie stabilny fundament i ma się ze sobą dobrze, problemu teoretycznie być nie powinno, ale…

    Sama osobiście nie przypuszczałam, że dopadną mnie rozterki związane z chęcią powrotu do ojczyzny na dłuższy czas. Byłam przecież tak pewna nowego miejsca, które wybrałam sobie do życia i zła na Polskę w momencie wyjazdu, że sama sobie wydaję się teraz śmieszna. Niedawno minęły dwa lata, odkąd mieszkam za granicą i jest to stosunkowo krótki czas w porównaniu do innych emigrantów. Jednak ja podczas tego czasu zdążyłam zrobić dość sporo rzeczy – poznać masę przeróżnych ludzi, którzy w większym lub mniejszym stopniu wpłynęli na moje życie, zarobić największe w moim życiu pieniądze, pracując czasami po 12-16 godzin dziennie, zachwycić się czymś setki razy i rozczarować się razy kilkadziesiąt, przeżyć ogromną platoniczną, niespełnioną miłość, która sparaliżowała mój umysł na kilka miesięcy, zostać nauczycielem angielskiego, na co w kraju szanse były nikłe, pracować w trzech miejscach pracy jednocześnie i przychodzić do domu tylko po to, żeby przespać się kilka godzin, nauczyć się prowadzić kilka rodzajów wózków widłowych, przytyć kilkanaście kilogramów, a w końcu znaleźć mojego człowieka, któremu w miesiącu 20. mojej emigracji urodziłam tutaj dziecko. Myślałam, że macierzyństwo i związek raczej zakotwiczy mnie w jednym miejscu, tym zagranicznym. A co się okazało? Moja mała rodzina, którą świadomie założyłam, zmieniła trybiki w mojej głowie i sprawiła, że zaczęłam tęsknić za Polską. Za tym, by moi rodzice mogli codziennie patrzeć, jak rośnie ich wnuczka i jak ja się zmieniam, za piekarnią, w której mogę mówiąc po polsku wybrać zdrowy chleb spośród wielu świeżych bochenków, za różnorodnością drzew kwitnących na wiosnę, za pachnącymi, pięknymi lasami, które latem zapewniają cudowny chłód i jedyny w swoim rodzaju mikroklimat, za możliwością szukania pracy zgodnie z kwalifikacjami, za polską muzyką w radiu…

  3. Z możliwością (a zarazem koniecznością?) podróżowania –  będąc z osobą innej narodowości zdanie sobie sprawy z tego, że świat jest w zasięgu ręki jest o wiele bardziej naturalne. W końcu bez odbycia podróży przez którąś ze stron nie doszłoby do spotkania.Na spotkania z rodziną i przyjaciółmi w ojczyźnie trzeba się przygotować wcześniej i umawiać terminy zależne od urlopów, przerw w zajęciach na uczelni, biletów lotniczych. Zwykle przyjazd do kraju związany jest również z załatwianiem bieżących spraw, które co jakiś czas się kumulują i nie ma możliwości załatwić ich z zagranicy – wizyta w banku w celu zamknięcia konta, u ulubionego fryzjera w rodzinnej miejscowości, w urzędzie czy na uczelni w celu odebrania zalegających tam dokumentów, odwiedzenie bliskich koleżanek, którym tam, na miejscu, zmienia się życie… Może się tego uzbierać naprawdę mnóstwo i jeżeli pobyt jest krótki, jest po prostu mało czasu na to wszystko, co chcielibyśmy zrobić i nie brakuje bieganiny, ale za to każdy dzień jest cenny i chce się go wykorzystać maksymalnie. Pobyt w tej starej-nowej rzeczywistości odświeża również pogląd na wiele spraw i może przyczynić się do samoistnego rozwiązania wielu kłopotów, które zaprzątają głowę od dawna w naszym codziennym, zagranicznym życiu. Gdy mieszka się za granicą już choćby rok, zmienia się spojrzenie na własny kraj. Emocje sprzed wyjazdu, niejednokrotnie te negatywne, bledną i zaczyna się doceniać ojczyznę za to, co jest w niej dobrego.

    Osobiście podróżuję do Polski z wieloma mieszanymi emocjami – z niecierpliwością idę przez lotnisko, żeby zobaczyć bliskich, czekam na moment, kiedy po wyjściu z lotniska poczuję zapach znajomego powietrza, następnie cieszę się widokiem okolicy, w której dorastałam. Zachwyca mnie po raz kolejny polska natura, wysokie drzewa, góry, morze. Jednak z drugiej strony zdarza mi się mieć poczucie, że nie jestem u siebie, bo nie byłam świadkiem zmian, jakie zaszły tam podczas mojej nieobecności. Bo jestem narażona na ewentualne opinie rodaków, na które będąc w związku z Polakiem narażona bym nie była. Bo nie związałam na stałe swojego życia z Polską, z chłopakiem stamtąd, i nie założyłam tam rodziny. Bo w obcym języku rozmawiam z partnerem, z własnym dzieckiem, a czasem… z samą sobą.

  4. Z wychowywaniem dzieci dwu- lub wielojęzycznych – chcąc nie chcąc, decyzja związana z byciem z osobą z innego kraju oznacza zmierzenie się z ogromem różnic. Siłą rzeczy obie strony wchodzą głębiej w nowe dla siebie kultury – poprzez poznawanie znajomych, rodziny, tradycji, zwyczajów, obchodów, a także sytuacji, których w okolicznościach tworzenia związku z rodakiem zwyczajnie by nawet nie było. Zagraniczny partner jest inny pod względem kultury, przyzwyczajeń, nawyków które mogą być zupełnie nowe niż te spotykane u rodaków, jak również pod kątem języka. Gdy pojawia się dziecko, pojawia się zagadnienie stricte filologiczne – rodzice muszą zdecydować się, iloma językami będzie mówił maluch, i konsekwentnie z nim pracować od pierwszych miesięcy jego życia.

    Jako filolog i pasjonat kultury, w którą świadomie wchodzę, wiążąc się z obcokrajowcem nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka w międzynarodowym związku w duchu tylko jednej kultury i tylko w jednym języku. My od pierwszych tygodni życia córki przyzwyczajamy ją do brzmienia trzech języków. Co ważne, staramy się przestrzegać zasady, ze jeden język przypada na jedną osobę, czyli ja jestem odpowiedzialna za przekaz do dziecka w języku polskim, a tata w języku lokalnym. Pokazujemy również dziecku, że między sobą komunikujemy się jeszcze inaczej, ale staramy się nie mówić po angielsku bezpośrednio do niej. Chcemy jej pokazać ten schemat, że „język mamy” to coś innego niż „język taty”, a wspólnym mianownikiem jest „język rodziców”. Dzieci chłoną języki jak gąbka i uważam, że uczenie ich tylko jednego języka jest marnowaniem ich potencjału. Znam małżeństwo Polaków, które wyjechało za granicę i mieszka tam już wiele lat. Podkreślam, jest to para Polaków. Mają nastoletniego już syna, który… nie mówi po polsku! Ci rodzice do tego stopnia byli obrażeni na Polskę i chcieli wyzbyć się swojej polskości, że nawet nie nauczyli syna ojczystego języka. Chłopak mówi tylko w lokalnym języku, rodzice również w tym języku mówią do niego w domu. Dla mnie jest to horror – załóżmy, że ten chłopak będzie bardzo chciał odwiedzić Polskę w dorosłym życiu, spotkać się z rodziną, w tym starszyzną nie znającą języków obcych lub nawet właśnie tam zamieszkać i znaleźć pracę. Nie daj Boże będzie się podkochiwał w Polce i będzie chciał się z nią umówić! Według mnie jest to największa filologiczna krzywda, jaką rodzice mogą zrobić własnemu dziecku – 100% Polakowi, który w Polsce nie będzie umiał funkcjonować.

Związek z obcokrajowcem przynosi wiele emocji, których nigdy nie pozna się, pozostając w związku z rodakiem. To niekończąca się przygoda, niestandardowa i bardzo wyjątkowa – dla samej pary, jak i dla otoczenia oraz bliskich tej pary. Bywa niezręcznie, bywa ciężko, ale ta cudowna świadomość, że jesteśmy z tak daleko położonych od siebie krajów, a potrafimy być bliżej siebie niż z jakimkolwiek rodakiem wynagradza wszystkie niedogodności.

W środowisku polskim, które zaledwie trzydzieści lat temu było odseparowane od reszty świata i w porównaniu do wielu innych krajów dopiero tak naprawdę otwiera się na to, co zagraniczne, związki międzynarodowe zwłaszcza we wsiach i niedużych miasteczkach mogą wywoływać u ludzi zaskoczenie, wręcz niedowierzanie. Tak było w moim przypadku, kiedy stałam w kolejce w banku w rodzinnej miejscowości i omawiałam coś z Davidem przez telefon. Mówiłam nie za głośno, ale szybko, z przejęciem. Ludzie wokół mnie wyglądali na ogromnie zaciekawionych i tak na mnie zerkali, że było mi niezręcznie, ale musieliśmy przedyskutować na cito sprawę związaną z dokumentami dla córki. Natomiast kiedy podeszłam do pani w okienku i przemówiłam równie płynnie po polsku, ujrzałam dosłownie szok na twarzach tych osób. Mam nadzieję, że ta świadomość bycia obywatelem świata, a nie tylko jednego kraju, będzie powoli wkradać się również i do naszego społeczeństwa.

Czasem przytłacza mnie myśl, że w obecnej sytuacji wyjazd do Polski nie polegałby na spakowaniu dobytku do walizki i zabukowaniu jednego biletu, jak było podczas mojego etapu życia tutaj, kiedy byłam sama. Jednocześnie gdy odwiedzam Polskę, tęsknię za moim nowym krajem, który naturalnie nazywam drugim domem. Czasem nie wiem, czy gdzieś w ogóle jeszcze przynależę i wydaje mi się, że teraz już zawsze obie strony oceanu będą niewłaściwe. A w innym momencie myślę, że oto właśnie mam dwa domy, a brzegi zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie tegoż oceanu są mi zbyt bliskie, żeby wybierać spośród nich ten lepszy.

A Ty? Gdzie jesteś fizycznie, a gdzie sercem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *